Nie jesteś Twoim grzechem!!!

253170_410473445682583_561494539_n

Kasia: o. Macieju, dziś dużo o tym, co obrzydliwe, co najgorsze. O tym, co powoduje eliminacje człowieka ze społeczności, albo ewentualnie przegania do takich jak on ohydnych. Dziś o obnażeniu siebie samego, o tym, że już nie trzeba ukrywać swojej nędzy. Ba! Nawet zbliżających się do mnie, należy ostrzegać przed sobą samym!!! Aby zwyczajnie nie zarazić… Trzeba chronić zbliżających się ludzi, by ich nie narazić na zatrucie naszą ohydą… Dziś o trądzie.

„Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: “Nieczysty, nieczysty!” Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem.” Kpł 13,1-2. 45-46

Czy każdy człowiek choruje na trąd? Czy każdy z nas powinien doświadczyć uświadomienia sobie swojego trądu? Bez względu na to jak wielce jest tzw. przykładnym człowiekiem? Trąd w Piśmie Świętym jest niezwykle wymowny…

o.Maciej: Rzeczywiście tak jest, choć trzeba uściślić, że Biblia, podając precyzyjne zasady kwarantanny związane z tą chorobą (czy też ogólnie z chorobami powodującymi zmiany skórne, gdyż słowo tłumaczone zazwyczaj jako „trąd” niekoniecznie musi odnosić się do klinicznej postaci trądu, ale określa cały szereg chorób „psucia się” skóry), tak naprawdę nie wiąże tego problemu z grzechem. Ta interpretacja pochodzi od wielu żydowskich nauczycieli, którzy przypisywali problem grzechom człowieka (ciekawe, że zwykle trędowaci oskarżani byli o grzech skąpstwa…). Analogia jest jasna… tak jak ta straszna choroba niszczy ciało, tak samo, a właściwie o wiele bardziej, grzech niszczy duszę człowieka, powodując w niej potężne spustoszenie. Wobec skutków grzechu, straszne skutki wybuchu bomby atomowej to nic… Zwłaszcza, że skutki grzechu są jak skutki choroby zakaźnej… Zarażamy się, dotykamy nawzajem naszymi grzechami… Dzisiaj dużo mówi się o tzw. grzechach pokoleniowych… Nie znaczy to, że dziedziczymy cudze grzechy, ale że dotykają nas ich skutki, które niesiemy w sobie w postaci skrzywień, lęków, krwawiących ran duszy… Obojętność, brak zainteresowania, odrzucenie, agresja, przemoc… To wszystko pozostawia w nas konkretne ślady…

W tym sensie faktycznie jesteśmy wszyscy trędowaci, dotknięci grzechem i jego konsekwencjami… To jest nasza rzeczywistość i nie chodzi absolutnie o to, aby zamiatać pod dywan, udając, że jest wszystko dobrze… NIE JEST! Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy (…) Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1 J 1, 8.10).

Kasia: Ale ten trąd okazuje się swoiście drogą do szczęścia! Powodem nawrócenia. Nie jest przecież dziś przypadkowym psalm, w którym śpiewamy: „Szczęśliwy ten, któremu Pan nie poczytuje winy, a w jego duszy nie kryje się podstęp.”

U trędowatego widać już wszystko. On już nie musi udawać. Tu żadna maska nie pomoże. Smród zdradzi wszystko. I pewnie żaden człowiek nie jest w stanie mu pomóc. Trędowaty – grzesznik, o ile daje się usidlić tylko pośród grzeszników, o tyle nie ma szans na spotkanie z Kimś, Kto jednak może go uzdrowić. I właśnie dzisiejsza Ewangelia to pokazuje. „Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić.” Trędowaty nie może się wyrwać do jakiejkolwiek społeczności, bo pozaraża tam innych ludzi, właściwie przy Chrystusie nie powinien znaleźć się żaden trędowaty, wg panujących zasad prawda? A jednak, czy pewne zasady /przyzwyczajenia/ nie muszą być przez nas gwałtownie wręcz odrzucone, aby po prostu dojść do Chrystusa? Przecież tylko Jemu grzech trędowatego nie zagraża!

o. Maciej: Poznać swój trąd to stanąć w prawdzie! Jest to bardzo ważne. Ale to nie wszystko! To jedynie początek! Prawda o nas jest o wiele bardziej piękna i zaskakująca, gdyż ja nie jestem moim grzechem! Grzech jest jak nowotwór, patologiczne szaleństwo komórek… Co z tym zrobić? Walczyć? Nie! Bo i tak nie damy rady…! Grzech trzeba utopić… Trąd trzeba zmyć w jedynym skutecznym lekarstwie… „…krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu” (1J 1,7); Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1J 1, 9); Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyli. Jeśliby nawet ktoś zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca – Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1J 2, 1-2).

Święty Jan , umiłowany uczeń, zachwycony szaleństwem Bożej MIŁOŚCI, która wykracza poza wszelkie schematy… Jestem grzesznikiem? Tak! Jestem dotknięty grzechem i jego konsekwencjami? Tak! To wszystko? NIE!!! Jestem grzesznikiem… UMIŁOWANYM! Teraz jednak dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia” (Rz 8, 1). CO ZA PIĘKNO!!!

Kasia: Prof. Gogacz zawsze mawiał na wykładach z metafizyki człowieka, że naturalnym stanem człowieka jest nieustanna modlitwa. Nie jest to abstrakt, ale właśnie – nieprzerwany kontakt serc – Jezusa i człowieka – jest dopiero zgodny z naturą. Tak! W takim stanie można się dopiero poczuć swobodnym!!!  To mawiał nasz niezwykły św. Paweł: Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie.

A zaraz potem zaciekawia tekstem o przypodobaniu się wszystkim! W sumie ryzykowne stwierdzenie, ale tu przecież nie chodzi o chwałę u ludzi, bo nie szukał własnej korzyści. A zatem to przypodobanie się wszystkim pod każdym względem musiało św. Pawła raczej dużo kosztować, prawda?

 Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego, podobnie jak ja, który się staram przypodobać wszystkim pod każdym względem nie szukając własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni.

o. Maciej: Słowo „przypodobać” jest tu dość dwuznaczne. Sam św. Paweł użył je przynajmniej dwukrotnie w sensie negatywnym: Ga 1, 10 i 1 Tes 2, 4. Może w tym przypadku lepiej powiedzieć „podobać się”, tzn. ukazać piękno wiary, cudowność Ewangelii w konkrecie własnego życia… Chrześcijaństwo to nie przymus, ale zryw będący efektem pociągnięcia pięknem… Nie być zgorszeniem, czyli tym, który pokazuje jedynie przymus i wysiłek, ale radosnym i autentycznym świadectwem porwanego Miłością, który nie szuka własnej korzyści, ale dobra wszystkich…

Dużo to Pawła kosztowało? A czy zakochany zmusza się i wysila, żeby dotrzeć do swojej ukochanej, nawet jeśli podróż jest bardzo długa i męcząca?

Kasia: Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił ze słowami: «Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich». Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.

Trędowaty nie posłuchał Chrystusa… Czy można się mu dziwić?

O. Maciej: Osobiście absolutnie mu się nie dziwię… Jak można siedzieć cicho po takim doświadczeniu!? Jeśli doświadczysz takiego piękna, wszystko w tobie chce o nim krzyczeć! To zupełnie zrozumiałe…

Nie jest też powiedziane, że rzeczywiście nie posłuchał Jezusa, któremu mogło chodzić nie o to aby się tym absolutnie i nigdy nie dzielił, ale o to, aby ten człowiek nie tracił czasu na opowiadanie o cudzie, ale przede wszystkim jak najszybciej pokazał się kapłanom, którzy musieli „urzędowo” potwierdzić uzdrowienie. No a później… czas na radosne świadectwo…

Nie jestem biblistą i wielu rzeczy po prostu nie wiem, ale natrafiłem na ciekawą dyskusję między ekspertami dotyczącą tego tekstu… Otóż istnieje uzasadniona niepewność, czy słówko „on” dotyczy rzeczywiście uzdrowionego… Składnia grecka pozwala na przypuszczenie, że może chodzić o Jezusa, który sam opowiada, czyli naucza o tym, co zaszło… W tym przypadku chodziłoby o wprowadzenie do kolejnego paragrafu i problem ewentualnego nieposłuszeństwa byłby w sposób prosty rozwiązany… Ale czy o to chodzi?

 Kasia: Czy człowiek potrzebuje wychodzenia w ‘miejsca pustynne’ aby znaleźć Chrystusa? Pustynia jeszcze bardziej niż trąd jest wymowna w Piśmie Świętym…

O. Maciej: Pustynia w Biblii ma kilka znaczeń, wśród których nie wszystkie są pozytywne, gdyż jest to miejsce nieprzyjazne, niebezpieczne, zamieszkiwane przez drapieżne zwierzęta, miejsce głodu, nędzy i skrajnej niepewności, stąd też pustynia jest obrazem ludzkiego życia, w którym doświadczamy ciągłych niebezpieczeństw i niepewności.

Ale pustynia jest też przestrzenią duchowego wzrostu. Izrael musiał wędrować przez 40 lat po pustyni. Dlaczego tak długo? Jak mówią Rabini: „Wystarczyła jedna noc, aby wyrwać Izraelitów z rąk Faraona, ale potrzeba było 40 lat, aby wyrwać Faraona z serc Izraelitów”. 40 lat, czyli jedno pokolenie.

Wreszcie pustynia jest miejscem spotkania z Bogiem, duchowej odnowy i walki (kuszenie Chrystusa). Przestrzeń ciszy, samotności, braku natłoku zewnętrznych bodźców, hałasu, zgiełku, sztucznych świateł… Chrystus nieustannie udaje się w miejsca pustynne. Jak wody potrzebuje tych spokojnych przestrzeni zatopienia się w Ojcu…

“Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca” (Oz 2, 16)

Bóg nas „przynęca”, uwodzi, pociąga, żeby mówić do naszego serca… Nie rozkazywać, narzucać, nakazywać, wymuszać, ale… MÓWIĆ. Cóż… Dajmy się uwieść! To takie proste… 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *